Dla najmłodszych

Jutrzenka
Leśna

Lodowy las był naprawdę ciemnym miejscem. Małe stopy co chwilę grzęzły w gęstym poszyciu i zmuszały chłopca do zwalniania tempa. Drzewa, tak początkowo zachęcające grą odbitych słonecznych promieni, stopniowo zmieniały się w groźne kolumny broniące dostępu do swojej halli, przeplecione u podnóża obsydianowymi cierniami i gąszczem półprzezroczystych bluszczy.

Malec był już zmęczony i coraz mocniej odczuwał głód. Jednak resztki dziecięcego entuzjazmu, który skłonił go do podjęcia wędrówki, wciąż dodawały mu animuszu. Więc Potykając się więc, grzęznąc w poszyciu i starając się nie zwracać uwagi na coraz bardziej odczuwany chłód, dziarsko stawiał kroki, jak na syna potężnego woja przystało. 

- No, moje piękne, nie denerwujcie się, już po wszystkim – olbrzym, delikatnie umieściwszy dłużnię na swoim miejscu, zarzucił rzemień cebrzyka na ramię i powoli zaczął się opuszczać z pnia. Musiał być ostrożny i pilnować się, by nie uszkodzić kolebki, co przy odpowiednich rozmiarach i sile stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie. W zasadzie mógłby po prostu zeskoczyć – ale pszczoły to istoty nieznoszące hałasu i bezmyślnego niepokojenia. Nie bez przyczyny bór Aurvandila od kilkunastu zim nie miał ani jednej pustej barci.

Pytany o sekret swojego bartniczego szczęścia olbrzym jedynie wzruszał ramionami. Kochał swoje pszczoły, swój bór i swoją żonę – i robił wszystko, aby te ukochane rzeczy otaczać jak najlepszą opieką. Tak dalece wszystko, że wielkie grafitowe niedźwiedzie rzadko zbliżały się do terenu, na którym zakładał barcie. Zresztą niewiele ich w okolicy zostało.

- Chyba wystarczy na dzisiaj – postawiwszy stopy na ziemi z trzaskiem rozprostował plecy i ramiona. Plastry z dwudziestu barci czekały nieopodal na transport do chaty, gdzie dobra Groa zapewne już roznieciła ogień w oczekiwaniu na powrót męża. Zapowiadał się zatem bardzo pracowity wieczór, a i na kilka następnych dni zajęcia mu nie zabraknie. Dobre jednak to było życie, na samej granicy Jötunnheimu, w otoczeniu iskrzących od mrozu borów, bzyczenia karmazynowych pszczół i fioletowych od kwiecia polan. Dobre miejsce do zapomnienia o smutnych wydarzeniach z przeszłości.

Gdy regularne wizyty handlarzy miodem i woskiem oraz bezustanna obecność istot szukających porady Groi zaczynała jej mężowi doskwierać, wystarczyło zrobić pięćdziesiąt kroków w gęstwinę, aby bez przeszkód cieszyć się spokojem.

Ustawiwszy niesiony ceber wśród pozostałych już pełnych dziewięciu, olbrzym chwycił rączkę wózka i ruszył ostrożnie w stronę domostwa, starając się ciężkimi kolami robić jak najmniej szkód w pękającym z cichym trzaskiem poszyciu. 

Już zaczynał nucić pod nosem swoją ulubioną pieśń powrotną, gdy do jego uszu dobiegł dźwięk zupełnie różny od codziennych odgłosów lasu. Znieruchomiał na chwilę, by wychwycić kierunek, z którego dźwięk dobiegał, po czym ostrożnie zaczął zbliżać się do jego źródła.

Nie jest łatwo zmrozić Jötunna, zwłaszcza żyjącego wśród lasów. Jednak widok rudowłosego chłopczyka siedzącego u stóp dębu, o piąstkach wciśniętych w twarz i zanoszącego się płaczem był dla Aurvendila czymś tak niespodziewanym, że otrząśnięcie się z szoku zabrało mu dobrą chwilę. Patrzył bowiem na małego Asa, w środku lodowej puszczy przed zapadnięciem zmroku i absurdalność tego widoku była niewątpliwa. Jednak zamrugawszy kilkukrotnie, nadal widział dziecko, które w dodatku zaczęło powoli się uspokajać i wyraźnie zmarznięte objęło się ramionami.

Niewiele rzeczy mogło zrobić krzywdę Asom. Nawet dziecko tak małe jak zwinięty u stóp dębu chłopiec nie było bezbronną istotą, dla której chłód, głód i dzikie zwierzęta mogły stanowić zagrożenie. Jednak był to kraj Jötunnów, a olbrzymy w przeciwieństwie do wilków, niedźwiedzi i rysi – to zupełnie ina historia. Ktoś mógł zabić małego tylko z racji przynależności do Asów... lub zabrać ze sobą i próbować wymusić okup an rodzicach. Jedno i drugie oznaczałoby krwawą zemstę, a po przejściu wściekłych mieszkańców Asgardu niewiele zostałoby z tych ziem poza zgliszczami – a już na pewno nikt, by owe zgliszcza oglądać. Nie, małemu stanowczo nie mógł spaść włos z głowy – doszedłszy do tego wniosku Aurvendil z lekkim westchnieniem wynurzył się zza ściany opalizujących bluszczy.

- Nic ci nie jest, dziecko? - Na widok wlepionych w siebie, lekko przestraszonych oczu olbrzym przystanął. - Jestem Aurvendil, a jak ciebie nazywają?

- Jesteś olbrzymem, prawda? - Chłopiec wyglądał w tym momencie bardziej na zawstydzonego z powodu łez schnących na policzkach, niż na wystraszone przez obcego dziecko.

- Tak, przecież to kraj olbrzymów. Tylko co ty tutaj robisz? Zgubiłeś się? Gdzie są twoi rodzice?

- Tata mówi że nie rozmawia się z olbrzymami! I jak się olbrzyma zobaczy to trzeba się bić! - Malec spojrzał na Aurvendila groźnie i splótł ramiona na piersi. Olbrzym nie miał już wątpliwości odnośnie tego, czyim synem jest malec. Co kompletnie nie ułatwiało mu zadania, wziąwszy pod uwagę porywczość rodzica i jego nadmierną skłonność do nieprzemyślanego działania. Pomyślał ze smutkiem o swoim braku doświadczenia w obchodzeniu się z niedorosłymi i zdusił ukłucie żalu spowodowane wspomnieniem dawnej straty. 

- Aha. Ale na pewno tata nie miał na myśli wszystkich, ja na przykład jestem olbrzymem, który nie lubi się bić. Poza tym mam coś dla ciebie – śledzony podejrzliwym spojrzeniem olbrzym sięgnął do sakwy i wyciągnął w stronę chłopca plaster miodu przeznaczony na drogę.

Po krótkim wahaniu chłopiec podszedł do olbrzyma i wyjął mu plaster z ręki, po czym cofnął się i zaczął go pracowicie wysysać. Aurvendil powoli przykucnął i usiadł na ziemi, co wyraźnie małego ośmieliło, gdyż między jednym, a drugim siorbnięciem uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Powiedz chłopcze, jak masz na imię?

- Magni – odpowiedział malec oblizując palce.

- A co tu robisz, Magni? 

- Idę pomóc tacie na wojnie – dumnie uniesiona broda dziecka wyglądała komicznie oblepiona miodem i okruchami wosku, ale olbrzym, choć z trudem, zachował powagę.

- A czy tata wie, że za nim poszedłeś? 

- No nie... - Chłopiec spuścił oczy, lecz po chwili ożywił się. – Ale śniło mi się, że na pewno mu pomogę, a beze mnie grozi mu coś złego! - Pełne nadziei spojrzenie chłopca spoczęło na Aurvendilu. - Jesteś olbrzymem, więc na pewno wiesz, gdzie jest granica pełna kamieni? Słyszałem, jak tata i wielki olbrzym krzyczeli, że tam będą się bić... ale zgubiłem drogę. Zabierzesz mnie tam? 

- Chłopcze, to nie jest miejsce dla dzieci. Lepiej będzie, jeśli pójdziemy do mojego domu, odpoczniesz, zjesz coś i zabierzemy cię do twoich, zgoda? 

- Nie! - Chłopiec ze złością potrząsnął głową. – Śniło mi się, że muszę pomóc tacie! Jeśli mi nie pokażesz drogi to pójdę sam! - Malec z całej siły uderzył piątką w pień drzewa stojącego obok... i Aurvendil ledwo zdążył uskoczyć przed upadkiem tysiącletniego lodowego drzewa, które pchnięte ręką dziecka z łoskotem zwaliło się między swych braci, łamiąc i miażdżąc po drodze gałęzie, pnie i rosnące pod drzewami rośliny. 

W ciszy zapadłej po tym niespodziewany kataklizmie wirowały jedynie drobinki kurzu. Cały las znieruchomiał i zamilkł na kilka długich sekund. Olbrzym po raz drugi tego dnia poczuł, że ma problemy z powrotem do naturalnych odruchów ciała, zwłaszcza oddechowych... a chłopiec otworzywszy zaciśnięte powieki rozejrzał się wokół z zawstydzona miną.

- Przepraszam... nie chciałem... - W oczach chłopca wezbrały łzy, gdy bezradnie rozglądał się wokoło. Aurvendil w tym momencie zrozumiał, że nie ma innego wyjścia, jak tylko towarzyszyć synowi gromowładnego w jego dziwnej wędrowce. Nawet gdyby chciał zmusić chłopca do pójścia ze sobą, nie miał najmniejszych szans z tą małą maszyną zniszczenia. A choć obdarzony ogromną siłą, dzieciak nie był jedyną w Jötunheimie istotą z takimi możliwościami i nadal nie był bezpieczny.

- Nie płacz – olbrzym otarł malcowi policzki i wziął za rękę. – Snów nie możemy zlekceważyć. Weźmiemy tylko miód na drogę, bo daleko nam będzie iść. - I ruszyli w stronę wózka, a mały As po dziecięcemu uśmiechał się do olbrzyma.

Chłopiec naprawdę pomylił drogę, skoro tak daleko udało mu się zajść w głąb lodowego lasu. Aby dotrzeć do Griotungagardr najkrótszą możliwą trasą, musieli w szybkim tempie przejść rdzeń puszczy, zamieszkały przez dzikich leśnych Jötunnów i obfitujący w niedźwiedzie. Była to niezwykle niebezpieczna okolica i Aurvendil całą noc utrzymywał szybkie tempo, mając broń w gotowości i nocny wzrok wytężony do bólu źrenic. Chłopiec w tym czasie drzemał na jego plecach, podtrzymywany kilkoma rzemieniami zdjętymi z cebrów z miodem. Olbrzym miał tylko nadzieję, że ukryte w pieczarze leśnej cebry nie staną się czyimś łupem. Przede wszystkim jednak martwił się o żonę, która, niedoczekawszy wieczorem jego powrotu, musiała teraz przeżywać trudne chwile.

Gdy zbliżał się świt, las zaczął stopniowo się przerzedzać i olbrzym delikatnie potrząsnął ramieniem chłopca, by go zbudzić. Magni przetarł oczy, ale nie odezwawszy się słowem rozglądał się jedynie uważnie, pewien, że niedługo zobaczy ojca. 

Aurvendil wzmożył czujność. Coś nie podobało mu się w czasie całej przeprawy, a teraz uczucie niepokoju wzrosło. Najdziwniejszy był fakt, iż na swej drodze ani razu nie napotkali żadnego olbrzyma czy dzikiego zwierzęcia – jakby cala okolica opustoszała w oczekiwaniu na coś. Dziwny dźwięk też unosił się w powietrzu, jak delikatny szmer tysiąca barci, coraz wyraźniejszy w miarę zbliżania się do krawędzi lasu. 

Wreszcie minęli ostatnie dęby i stanęli na skraju kamienistej równiny... po horyzont okrytej tłumem olbrzymów.

Było ich mrowie. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety, wszyscy zwróceni w stronę okrągłej, usianej głazami areny, wszyscy nieruchomi i milczący, niezdolni do oderwania oczu od rozgrywającej się przed nimi sceny. W takim samym bezruchu po drugiej stronie placu stali zgromadzeni wraz ze świtą Asowie o poważnych, skupionych twarzach. A między jedną a drugą armią, wśród grzmotów i błyskawic, dwóch wojów, Jötunn i rudobrody As, rozpoczęło walkę.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Aurvendil ledwo zdołał dostrzec moment, w którym olbrzym rzucił swój oręż w gromowładnego, a ten odpowiedział ciśnięciem swego potężnego młota. Oba pociski z hukiem spotkały się w powietrzu i oręż olbrzyma rozpadł się, zaś młot poszybował dalej i uderzył Jötunna z porażającą siłą. Bezwładne ciało osunęło się na kamienie i już nie podniosło. Jęk przeszedł szeregami olbrzymów, lecz szybko zmienił się w okrzyki radości – widać było, że rudobrody siłacz najwyraźniej trafiony odłamkiem broni olbrzyma chwieje się na nogach, stara postawić jeszcze jeden krok... po czym pada bez przytomności. 
Chłopiec na plecach Aurvendila ścisnął ramię olbrzyma z całych sił, gdy dostrzegł następne niebezpieczeństwo. W tym samym czasie młody olbrzym, towarzyszący bogowi piorunów, toczył pojedynek z glinianym monstrum, które stanęło u boku Jötunna. Gdy rudobrody padał na ziemię, topór chłopaka uderzył w glinianego stwora tak mocno, że gigant rozpadł się na połowy i jedna z nich runęła prosto na bezbronnego, nieprzytomnego Thora.

- Tato! - Magni krzyknął, zanim Aurvendil zdołał go powstrzymać. W chwilę później w ich stronę, niechętnie odrywając wzrok od pojedynku, odwróciły się pierwsze twarze Jötunnów. Malująca się na nich początkowa irytacja błyskawicznie zmieniała się w zdziwienie i gniew, gdy tylko rozpoznali chłopca. Odwróceni szybko łapali za ramiona kolejnych, aż setki rozpłomienionych, błękitnych oczu wpatrywało się w Aurvendila i Magniego, który przerażony przywarł do pleców olbrzyma.

- Brać go – syknął stojący w głębi tłumu wyjątkowo szpetny olbrzym o długich, sinoczarnych włosach. 

Reakcja Aurvendila była błyskawiczna. Ułamek sekundy wahania doprowadziłby do pochwycenia Magniego i, mimo całej siły chłopca, masa olbrzymów rozerwałaby dziecko na sztuki. W końcu jego ojciec, mimo iż sam padł, właśnie pokonał najsilniejszego z Jötunnów, byli więc gotowi na wszystko, by pomścić jego śmierć. 

Olbrzym przeszedł przez szeregi pobratymców jak burza. Swym toporem odtrącał miecze, łamał kolana, przetrącał barki, a tłoczący się jedni na drugich Jötunnowie tylko przeszkadzali sobie nawzajem. Wreszcie ci atakujący z bliska, przerażeni determinacją olbrzyma zaczęli się cofać, lecz pełne nienawiści spojrzenia jasno mówiły, iż właśnie stał się zdrajcą własnej rasy, istotą bez domu, ziemi i prawa do życia. 

Aurvendil jedynie mocniej ścisnął topór i naparł w stronę areny ze wzmożoną siłą. Nie myślał już o niczym poza przytulonym do pleców chłopcem, który chciał uratować ojca i przybył za późno. Jakby czas cofnął się o kilkadziesiąt lat. Jakby starą historię można było przeżyć od nowa, a bohaterowie odegrali odwrócone role.

Krok następował po kroku, cios padał za ciosem, aż nagle olbrzym i chłopiec wypadli na otwartą przestrzeń i błyskawicznie otoczeni zostali przez Asów, którzy odepchnęli tłum olbrzymów. Ktoś pochwycił w ramiona Magniego, ale ten natychmiast wyrwał się i pobiegł w stronę ojca przygniecionego przez ciężar glinianego monstrum. Asowie oraz kilkudziesięciu wojów bezskutecznie usiłowało poruszyć martwego giganta, by uwolnić duszącego się pod nim Thora. Drżący z wysiłku, nagle osamotniony Aurvendil widział ich zrozpaczone, napięte twarze, gdy mimo nabrzmiałych żył i rozrywanych wysiłkiem mięśni nie byli w stanie poruszyć leżącej masy.

Masy, która nagle zaczęła przesuwać się sama. 

Zszokowani wojowie chwytali za miecze sądząc, że gigant ożywa i za chwilę stanie do walki. Nagle jeden z nich krzyknął i wskazał coś ręką. 

Wojowie powoli odsunęli się od ciała giganta, tak że Aurvendil mógł dostrzec powód ich poruszenia. A dostrzegł rudą czuprynę trzylatka, który potężny fragment glinianego korpusu trzymał za palce stóp i krok po kroku przesuwał potworny ciężar, a jego dziecięce nóżki drążyły otwory w ziemi głębokie po cholewki trzewików.

Wreszcie ostatnie szarpnięcie odsłoniło ciało boga piorunów i chłopiec ze szlochem przypadł do boku ojca.
Rudobrody bóg wyglądał strasznie. Całe ciało miał pokiereszowane o kamienie i pocięte ostrymi odłamkami gliny, twarz siną z braku powietrza, a w czole ziała ogromna, krwawiąca rana, z której sterczał fragment broni olbrzyma. 

- Tato, obudź się – szeptał Magni z całej siły ściskając rękę ojca. - Tatusiu, przecież nic ci nie jest, proszę, popatrz na mnie! 

Nagle pierś boga uniosła się w rozpaczliwym oddechu i Thor ze świstem wciągnął haust powietrza.

- Magni? - Bóg z trudem uniósł głowę, by spojrzeć na syna. – Co ty tu robisz, dziecko? 

- Uratował cię, Thorze – rzekł jeden z wojów – gdy skorupa Mokkurkalfiego spadła na ciebie, nikt z nas nie mógł jej poruszyć, aż nagle Magni chwycił ją za pozostałość stopy i ściągnął z ciebie.

- Ale jak tu się znalazłeś synu? - Oszołomiony rudobrody wspierając się na rękach usiadł powoli i rozejrzał się wokół.

- Olbrzym mnie przyniósł – chłopiec uśmiechnął się na widok uniesionych w zdziwieniu brwi ojca i wskazał ręką na miejsce, gdzie kilka chwil wcześniej na kamieniach klęczał wyczerpany Aurvendil. Ale miejsce było puste.

Nagle z tłumu olbrzymów dobiegł przeraźliwy okrzyk bólu.

- Olbrzym! - Krzyknął Magni. – Tato, on uratował mnie przed innymi, musimy mu pomóc!

Thor stanął z wysiłkiem i pytająco spojrzał na wojów. 

- To prawda, Thorze, chłopiec dostał się na plac na plecach olbrzyma, który pobił swoich i przedarł się przez tłum.

Thor zmarszczył brwi i ruszył w kierunku, z którego dobiegł krzyk.

Aurvendil nie dostrzegł nawet, skąd spadł pierwszy cios. Gdy cała uwaga Asów i wojów skierowała się na wyczyn Magniego, ktoś postanowił wykorzystać moment i wywrzeć zemstę na zdrajcy.

Pierwsze ciosy nie były zbyt mocne, gdyż zadawano je w pośpiechu i chaotycznie. Ale po pierwszych spadły kolejne, bardziej precyzyjne i następne, obliczone tak, by zadać jak największy ból. Jötunnowie podawali sobie olbrzyma z rąk do rąk, coraz głębiej w tłum, przy akompaniamencie gradu ciosów i przekleństw, aż pokiereszowanego i ledwie trzymającego się na nogach wypchnęli przed wyższego niż pozostali olbrzyma o długich włosach koloru czarnej pleśni. Przekleństwa ucichły, a długowłosy Jötunn wyciągnął zza pasa długi sztylet o ząbkowanym, czarnym ostrzu i zadał pierwszy cios. 

Tylko dzięki wykonanemu ostatkiem sil unikowi broń długowłosego nie zagłębiła się w trzewiach Aurvendila. Ostrze jednak przeszyło bok olbrzyma i zerwało mu płat skóry, odsłaniając żebra. Aurvendil krzyknął jak nigdy wcześniej – i nagle poczuł, że nie ma już sił na następny unik. Jötunn wzniósł sztylet do następnego ciosu...

- Stać! - Głos Thora przetoczył się grzmotem po zebranym wokół długowłosego tłumie. Na chwilę wszyscy znieruchomieli, po czym okrzyki i jęki rozległy się od strony przechodzącego między olbrzymami boga.

Roztrącając ostatnich na swej drodze Thor wynurzył się z tłumu i pochwycił rękę olbrzyma.

- Nie masz prawa mnie powstrzymywać, Thorze – zasyczał Jötunn i wskazał na leżącego na ziemi Aurvendila. - To zdrajca, a zgodnie z prawem jego życie należy do nas.

- Więc mamy problem – wycedził Thor – gdyż jestem dłużnikiem tego olbrzyma i nie pozwolę go zabić. Każdy, kto jeszcze raz podniesie na niego rękę, zginie – potoczył wzrokiem po zgromadzonych. 

Jötunnowie cofnęli się lekko i wyczekująco spojrzeli na przywódcę. 

- Dobrze zatem – długowłosy wbił w leżącego płonące spojrzenie – będzie żył. Ale od tej pory jest pozbawiony ludu i ziemi. A ponieważ zdrada domaga się śmierci, ktoś odda życie za niego.

- Nie! - Krzyknął Aurvendil. – Nie! Moja żona... Błagam, nie!

- Krzycz, zdrajco – długowłosy zbliżył twarz do pokiereszowanego oblicza Aurvendila. – Krzycz, bo nic innego ci nie zostało. Krzycz i myśl o tym, jak twoi bliscy będą umierać, a ich ciała zjedzą psy i świnie. Myśl o zgliszczach, w które zamieni się twój dom i o popiele, który okryje twoja ziemię. Krzycz i bądź przeklęty, bo nie ma nic, co mogłoby nas powstrzymać, nic, chyba że przebędziesz boso otchłań Elivagu!

Krzyk kruka rozdarł nagle ciszę, która zapadła po słowach długowłosego.

„Stało się, stało się!” podchwyciły głazy. 

A wysoki olbrzym i jego pobratymcy mogli tylko patrzeć bezradnie na oddalające się dwa ptaki, aż czarnymi plamkami zapadły w bezkres nieba. 

Thor ostrożnie ujął Aurvendila pod ramię i pomógł mu wstać, po czym w ruszyli między olbrzymami w stronę Asów. 

- Chyba niepotrzebnie obawiałeś się o życie żony, olbrzymie – odezwał się bóg – skoro wygląda na to, że jest potężną völvą.

- Chyba masz rację – odparł olbrzym – choćbym miał zginąć w lodowej rzece, będzie bezpieczna.

- A kto mówi o ginięciu? - Thor roześmiał się serdecznie mimo bólu rozbitej czaszki i wyciągnął rękę do nadbiegającego syna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz